Jak się prezentują się twoje ręczniki?

Muszę się do czegoś przyznać. To nie jest mój pierwszy blog. Ani drugi.

A jednak czuję się trochę blogodziewiczo.

Cztery lata przerwy i wystarczy, żeby człowiek wypadł z obiegu.

Kiedy osiem lat temu zaczynałam pisać na moim pierwszym blogu, wszystko wyglądało inaczej, blogosfera wyglądała inaczej. Bloga zakładało się standardowo na bloksie (na zagramanicznych platformach szaleli tylko prawdziwi wymiatacze), wszystkie szablony wyglądały – co tu dużo mówić – obleśnie. Blogi prowadziły (śmy) głównie laski, które traktowały to jako sposób wyżalenia się na wrednego chłopa lub pochwalenia się średnio udanym wypiekiem, ewentualnie okazję do kłótni o karmienie piersią. Była wszystkich zaledwie garstka, w zasadzie wszyscy się jakoś tam znali, a ewenementy pokroju Kominka traktowali z lekkim niedowierzaniem.

Nie było mnie ledwie momencik. Można powiedzieć, że w zasadzie wyszłam na trochę dłużej niż zwykle do roboty.  A czuję się, jakbym wsiadła w jakiś cholerny wehikuł czasu i wyskoczyła z niego w epoce, kiedy wszyscy bliscy już dawno leżą pod ziemią, a świat jest pełen cudów i dziwów, jakie mi się wcześniej nawet nie śniły.

Kiedy wsiadałam do wehikułu triumfy święciły blogi kulinarne. Szło wszystko: od wege po kapkejki. W sumie zrozumiałe. Jak chcesz coś szałowego upichcić z wszystkich trzech produktów, które zostały ci w lodówce, to nie kartkujesz książek kucharskich, tylko guglasz „kiełbasa kolendra tacosy przepis” i wyskakuje ci pierdyliard linków do blogów z genialnymi przepisami na kiełbasiano-kolendrowe tarty lub sałatki z tacosów. Blogi kulinarne są naprawdę przydatne. Sama nawet założyłam jeden eksperymentalny w okresie tego kulinarnego szału i – powiadam wam – chociaż we wszystkich wpisach wałkowałam jeden, jedyny opanowany przeze mnie przepis (z kosmetycznymi modyfikacjami mia się rozumieć) i chociaż nie opublikowałam tam nic od czterech lat z okładem, wciąż mam dwadzieścia tysięcy odwiedzin tygodniowo (czego bym nie wiedziała nawet, gdyby mnie jakiś miesiąc temu coś nie podkusiło, żeby sprawdzić co tam na tych starych blogach słychać).

No więc wysiadam ci ja z wehikułu, a tu już nie blogi kulinarne są najbardziej it i na topie, tylko blogi lajfstajlowe.

Co za cholera te blogi lajfstajlowe?

Po krótkim riserczu zrozumiałam, że blog lajfstajlowy polega na tym, że znudzona laska (córka bogatych rodziców? żona dobrze zarabiającego męża?) niezbyt lotną polszczyzną i z bardzo frywolnym podejściem do interpunkcji reklamuje najnowsze produkty do pielęgnacji cery trądzikowej lub elektryczną szczoteczkę do zębów (mam taką samą, znaczy nie jestem jeszcze całkiem z kosmosu :D) i w ten sposób zarabia na waciki, bo… TADAM! ludzie sami z własnej nieprzymuszonej woli to czytają. Jeżeli jest znudzoną laską trochę bardziej ogarniętą, to przy okazji zarabia na tusz do rzęs sprzedając na blogu produkty własnego pomysłu, autorstwa i produkcji, bez których nowoczesna kobieta obyć się nie może, na przykład kalendarz w okładce szytej ręcznie z wegetkaniny fair trade albo trzystustronnicowy poradnik plecenia wieńców z mchu.

I to nie tak, że się naśmiewam, bo ja naprawdę rozumiem, że ktoś może mieć takie hobby, że sobie te wieńce z mchu całymi dniami wyplata, albo jeździ po nodze gadżetem do fotodepilacji. No przynajmniej staram się zrozumieć (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ma z tego na waciki).

Bo tak się składa, że życie, praca z klientem i takie tam nauczyły mnie wyrozumiałości i tolerancji, nauczyły mnie, żeby nie krytykować bezmyślnie, a zachwycić się różnorodnością ludzkich postaw życiowych, aby nad każdym frapującym drugiego człowieka problemem pochylić się z szacunkiem.

I oto nadszedł dla mnie czas próby.

Dzisiaj badania terenowe nad kondycją współczesnej polskiej blogosfery zaniosły mnie w dość egzotyczny obszar tego – a jednak – nowego dla mnie świata.

Organizacja i przechowywanie ręcznikówOrganizacja i przechowywanie ręczników – jak je składać?” – w niespełna trzystu wyrazach (przyznajcie, że to wcale niedużo) autorka wpisu wyłuszcza całą teorię dotyczącą składania ręczników, a nawet okrasza ją anegdotą.

No kur… – pomyślałam najpierw – ktoś to czyta? Naprawdę? Nie żartujesz?

A potem moja wypracowana przez lata postawa życzliwości, na którą wszak każdy zasługuje, powiedziała mi „Stop. Nie krytykuj. Przyjrzyj się uważnie.”

I przyjrzałam się uważnie. I zobaczyłam pod wpisem kilkanaście komentarzy.

Aż z ekscytacji sama napisałam, gdzie mam ręczniki.

Nasuwają mi się teraz pytania poważne, doniosłe.

Dokąd zmierzasz, Internecie?

Czy uważasz, Internecie, że grupowanie ręczników według kolorów faktycznie zasługuje na esej? Czy twoim zdaniem, Internecie, ręczniki nie prezentują się  wystarczająco dobrze, jeżeli nie opanujemy odpowiedniej techniki ich składania?

Ponieważ dzisiaj od samego rana pochylam się nad tą doniosłą kwestią, równie doniosły jak owe pytania nasuwa mi się wniosek.

A mianowicie, że ręcznikom jest dobrze zarówno na wieszaku, jak i na podłodze i że prezentują się okej, dopóki nie śmierdzą i nie mam na nich plam zaschniętej krwi z ostatniego okresu.

Może Ci się również spodoba